poniedziałek, 04 kwietnia 2011
No tak... Ledwo co oficjalnie zakończyłem pisanie bloga, a już pojawił się nowy temat:P Otóż okazuje się, że na portalu Kaukaz.pl został niedawno opublikowany mój fotoreportaż z wakacyjnej wyprawy do wioski Xinaliq. Wysłałem go na konkurs redakcyjny kilka miesięcy temu i kompletnie o tym zapomniałem. Laurów co prawda nie zdobył, ale i tak pojawił się na stronce. Link znajdziecie tutaj. Niech to będzie taki ostatni listek mięty. Smacznego;)
niedziela, 03 kwietnia 2011
No i stało się. Mój projekt dobiegł końca i po 9 miesiącach emigracji wróciłem do Polski. W tym miejscu powinno pojawić się jakieś zgrabne podsumowanie całego mojego wyjazdu, ale tak się nie stanie… Przynajmniej jeszcze nie teraz. Na razie muszę nieco ogarnąć polską rzeczywistość i na nowo pozbierać myśli. Spodziewajcie się jednak wkrótce epilogu bakijskiej opowieści;). Tymczasem dziękuję Wam wszystkim za to, że byliście ze mną przez te 9 miesięcy. To właśnie dla Was warto było pisać;). Pozdrawiam!
poniedziałek, 21 marca 2011
Tak jak obiecałem Wam wcześniej, zamieszczam link do FOTORELACJI z mojej niedawnej wyprawy do Armenii. Niestety musicie mi wybaczyć, ale na blogu nie pojawi się pisemna relacja z szalonej ormiańskiej eskapady. A wszystko przez brak czasu. Przede mną ostatni tydzień mojego projektu w Azerbejdżanie i sporo rzeczy zaprząta mi głowę. A szkoda, bo byłaby to na pewno historia pełna wartkiej akcji i soczystych dialogów, z emocjonującym wątkiem szpiegowskim w tle… No cóż, może kiedyś…:P
sobota, 19 marca 2011
Niestety nic dobrego… Od kilku tygodni wrze w krajach arabskich, a teraz echa antyrządowych rewolucji dotarły także i do Azerbejdżanu. Docierały długo, ale dość szybko zostały zagłuszone przez odgłosy policyjnych syren. Wszystkich zainteresowanych bieżącą sytuacją polityczną w Azerbejdżanie zachęcam do lektury bloga mojej koleżanki. ****** A już niedługo zamieszczę link do fotorelacji z mojej niedawnej wyprawy do Armenii. Oprócz tego dowiecie się także jak ormiańska wiza w paszporcie, arafatka na szyi i plastikowy batman potrafią przysporzyć poważnych problemów na azerskiej granicy…;)
niedziela, 06 marca 2011
Przyszedł w końcu czas na ostatni punkt kaukaskiego programu, czyli wycieczkę do Armenii. Ale ciiiiiiiiii, nie mówcie o tym nikomu… Oficjalnie jedziemy bowiem do... Gruzji Podróżnicza konspiracja jest niestety wymuszona przez powszechną w Azerbejdżanie nienawiść do sąsiedniego kraju. Mimo to, a może właśnie z tego powodu, zdecydowaliśmy się sprawdzić jak naprawdę wygląda życie po drugiej stronie barykady. Relacja z naszej wyprawy do zakazanego świata powinna pojawić się na blogu już za około półtora tygodnia. Trzymajcie kciuki!;)
czwartek, 03 marca 2011
Właściwie to ten tekst powinienem był napisać na początku, a nie pod koniec mojego pobytu w Azerbejdżanie, ale jakoś nie wiedziałem jak się zabrać do tematu… Trudno bowiem zwykłymi słowami opisać ogrom doświadczeń jakie niesie ze sobą wyjazd na wolontariat. Teraz jednak nadrabiam wszystkie zaległości. Pod tym linkiem znajdziecie artykuł mojego autorstwa, który ukazał się w serwisie Gapyear.pl. Polecam także samą stronę, jeśli tylko szukacie pomysłów na ucieczkę od codziennej rutyny;)
wtorek, 22 lutego 2011
Ł – jak łaźnia Jeśli nie zniechęci Was unoszący się w powietrzu odór zgniłych jaj i jednak zdecydujecie się na wizytę w prawdziwej bani, to czeka Was prawdziwa uczta dla ciała. Najpierw kąpiel w gorącej wodzie nasączonej siarką, czerpanej prosto z naturalnych podziemnych źródeł, a następnie peeling połączony z masażem. Godzinę i trzy litry gruzińskiego piwa później wyjdziecie z hamamu jak nowo narodzeni! M – jak monastyry Kamienne świątynie budowane od wieków w niedostępnych górach Kaukazu. Do najsłynniejszych należy założony w VI wieku kompleks klasztorny Dawid Garedża - jeden z najważniejszych zabytków kultury gruzińskiej. Dużą część zabudowań kompleksu stanowią naturalne jaskinie w górze Garedża. Dawid Garedża N – jak nierówności społeczne Najbardziej widoczne w gwałtownie zmieniającym się Tbilisi. Z jednej strony fantazyjnie oświetlone ulice, nowe hotele i drogie restauracje, a z drugiej setki żebrzących osób. Oprócz zorganizowanych grup romskich dzieci są to najczęściej inwalidzi i samotne starsze osoby, którym głodowa emerytura nie starcza na przeżycie. W ostatnich latach koszty utrzymania w „europeizującym się” Tbilisi gwałtownie wzrosły, podczas gdy zasiłki socjalne pozostały na niezmienionym poziomie. Dzisiaj nikogo już nie dziwi widok gruzińskiej emerytki przychodzącej z własnym krzesełkiem do jednego z bardziej ruchliwych punktów miasta po to, żeby prosić przechodniów o parę groszy jałmużny. O – jak Osetia Południowa i Abchazja Dwie zbuntowane republiki i plama na honorze Gruzji. Gruzini nigdy nie pogodzili się z utratą kontroli nad tymi separatystycznymi terytoriami. Czasami może nawet wydawać się, że zaklinają oni rzeczywistość. Zupełnie nowe tablice drogowe wskazują kierowcom drogę do Suchumi, a w sklepach z pamiątkami można kupić kolorowe pocztówki z Abchazji. Pojawia się tutaj także pytanie o stosunek Gruzinów do Rosji. Niedawna wojna w Osetii Południowej doprowadziła do załamania i tak już napiętych stosunków między oboma krajami. Nie jest jednak prawdą, że Gruzini są rusofobami. Znienawidzony jest rosyjski rząd, a nie zwykli ludzie. W Gruzji można swobodnie posługiwać się językiem rosyjskim i nie wywołuje to niczyjej niechęci, a po ulicach jeżdżą samochody na rosyjskich numerach. Kartki okolicznościowe do kupienia w sklepie z pamiątkami w Tbilisi - sprzedawczyni rozmawia z nami po... rosyjsku P – jak piękno „Podoba się Wam tutaj u nas?” – zapytała nas pewna babcia starowinka w górskim Kazbegi. „Oczywiście!” – odpowiedzieliśmy bez wahania. „Tak, tak, wszyscy, którzy tu przyjeżdżają tak mówią” – pokiwała z aprobatą głową, tak jakby nawet nie spodziewała się innej odpowiedzi. Gruzja jest piękna, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Sami Gruzini lubią opowiadać historię, według której Bóg miał im podarować najpiękniejszy zakątek na świecie w nagrodę za umiłowanie życia. Najzabawniejszy jest jednak fakt, że przeciętny Gruzin jest bardzo zasiedziały i rzadko kiedy opuszcza swoje rodzinne strony. Zapytajcie przypadkowego przechodnia w Tbilisi czy kiedykolwiek był w Swanetii. Zapewne nie, ale mimo to chętnie opowie Wam kilka niezłych kawałów o mieszkańcach tego regionu. R – jak religia Podobno kilka lat temu w Tbilisi próbowano otworzyć pierwszy sex shop, który jak się okazało przetrwał zaledwie… trzy godziny. Tyle czasu zajęło bowiem mieszkańcom zorganizowanie akcji protestacyjnej, w czasie której sklep został całkowicie zdemolowany kamieniami. Gruzini są bardzo konserwatywni, a religia odgrywa niezwykle ważną rolę w ich życiu. W Tbilisi pełno jest sklepów z dewocjonaliami, a symbole religijne można napotkać na każdym kroku. Gruzini z dumą podkreślają swoją przynależność do gruzińskiego kościoła ortodoksyjnego. Jednocześnie w Gruzji od zawsze panowała niezwykła tolerancja religijna - w Tbilisi można znaleźć także kościół katolicki, ormiański, meczet oraz synagogę. Sklep z dewocjonaliami w Tbilisi S – jak Supra Czyli tradycyjna uczta obficie zakrapiana przepysznym gruzińskim winem. Przyjęciu zawsze przewodzi Tamada i tylko on może proponować toast lub ewentualnie wyrazić zgodę na jego wzniesienie przez kogoś innego. W Gruzji nigdy nie wznosi się toastów piwem (chyba, że komuś się źle życzy) i nigdy nie pija się wina bez wzniesienia toastu. Dawniej zgodnie z lokalną tradycją po każdym toaście należało opróżnić swój kieliszek, jednak obecnie stare zasady nie są już tak rygorystycznie przestrzegane. Należałoby jeszcze wspomnieć, że jednym z obowiązków Tamady jest ocena trzeźwości biesiadników i kontrolowanie tempa picia. Tak, aby wszyscy byli odpowiednio „rozluźnieni”, ale też, żeby nikt nie skończył przedwcześnie „pod stołem”. Supra T – jak Tbilisi Gruzini mawiają, że Gruzja to Tbilisi i pozostała część kraju. Rzeczywiście, bardzo europejskie i dynamicznie rozwijające Tbilisi oraz zacofana i konserwatywna gruzińska prowincja są jak dwa różne światy. Tbilisi od zawsze stanowiło epicentrum życia Gruzji. To z tutejszą Aleją Rustawellego związane są wszystkie przełomowe wydarzenia polityczne w najnowszej historii Gruzji. Cechą charakterystyczną miasta jest także jego wielonarodowość. Mieszkają tu przedstawiciele ponad 80 nacji. Aleja Rustawellego w Tbilisi U – jak uczuciowość Gruzini są bardzo uczuciowi. Propozycje matrymonialne dla przyjezdnych dziewczyn sypią się często i gęsto. Nierzadko zdarza się, że w restauracji czy pubie zupełnie obcy mężczyzna będzie nalegał na postawienie dziewczynie wina, czy nawet zapłacenie całego rachunku (jeśli w towarzystwie nie ma innego mężczyzny). *** Jeśli zaś chodzi o miłość między narodami, to Gruzini chyba nikogo nie darzą większym uczuciem od… Polaków. Co prawda Polska zawsze dobrze się tutaj kojarzyła, ale dzisiejsza sympatia to zasługa przede wszystkim Lecha Kaczyńskiego i jego słynnej już eskapady do Zugdidi w czasie wojny w 2008 roku. I jakkolwiek by się nie oceniało jego prezydentury czy nawet samej „gruzińskiej akcji”, to trzeba przyznać, że zapewnił on Polakom wielkie poważanie na całym Kaukazie przynajmniej na najbliższych kilka lat. A jeśli ktoś myśli, że tylko Polacy uwielbiają snuć teorie spiskowe na temat katastrofy prezydenckiego samolotu, to jest w dużym błędzie. Otóż w Gruzji niemal każdy święcie wierzy, że za wszystkim stoją oczywiście Rosjanie. W – jak wino Ważny element nie tylko kuchni, ale w ogóle kultury gruzińskiej. W Gruzji niemal w każdej miejscowości uprawiany jest odrębny szczep winogron nazwany od jej imienia. Wizyta w pierwszym lepszym sklepie z alkoholami może przyprawić o prawdziwy zawrót głowy - oprócz win butelkowanych każdy sklep oferuje także znakomite wino domowej roboty. Sprzedaje się je najczęściej w plastikowych butelkach, a na największych „smakoszy” czekają przygotowane dziesięciolitrowe karnistry. Gruzini piją wino niemal każdego dnia, najczęściej podczas tradycyjnych domowych przyjęć (małe Supry). Wystarczy powiedzieć, że w słynącej z produkcji wina Kachetii roczny zapas tego trunku na jedno gospodarstwo domowe wynosi około 1000 litrów! X – jak xas (pisownia azerska, należy czytać „hasz”) Kaukaski wynalazek na zwalczenie porannego kaca. Ohydny wywar z owczych wnętrzności serwowany z dużą ilością czosnku i obowiązkowo zapijany… kieliszkiem wódki. Przypomina mi się wizyta o 11 rano w jednej z kawiarni w Batumi. Był styczniowy poniedziałek i wszyscy klienci, łącznie z elegancko ubranymi kobietami, jedli xas i pili wódkę (niektórzy zamówili nie jeden kieliszek, a od razu całą butelkę). Nie ma to jak odpoczynek po ciężkim weekendzie… Z – jak zabawa Poznany w Gruzji polski wolontariusz skarżył się mi, że z Gruzinami nie da się pracować bo dla nich wszystko jest zabawą i niczego nie traktują serio. No cóż, nie trzeba długo szukać dowodów na potwierdzenie tej tezy. Przejdźcie w zwykły dzień koło południa na wzgórza okalające Tbilisi. Założę się, że spotkacie tam grupki młodych ludzi popijających gruzińskie wino z plastikowych kubków i śpiewających przy akompaniamencie gitary. Gruzińska młodzież się bawi;) Koniec, więcej liter nie ma :P
środa, 16 lutego 2011
W oczekiwaniu na dalszą część gruzińskiego alfabetu zachęcam do przeczytania wywiadu jakiego udzieliłem portalowi Bankier.pl. Znalazło się w nim sporo moich komentarzy na temat życia społeczno-gospodarczego w Azerbejdżanie. Myślę, że stanowią one dobre uzupełnienie dotychczasowych blogowych wpisów. Link do wywiadu znajdziecie tutaj. Przyjemnej lektury!;)
niedziela, 13 lutego 2011
Zgodnie z obietnicą w tym miejscu miała pojawić się relacja podróżnicza z prawdziwego zdarzenia, ale po części z braku czasu, a po pozostałej części ze zwykłego lenistwa, koniec końców zdecydowałem się zmienić formę mojej bazgraniny na coś prostszego do wykonania… I tak po wycięciu około 90% scen akcji i około 95% dialogów, z pierwotnego scenariusza zapierającej dech w piersiach historii wyprawy grupki śmiałków do nieznanej Gruzji zostało, no cóż…, to: A – jak alkohol „Jeśli pijesz to na pewno polubisz Tbilisi…” – usłyszałem od przypadkowo napotkanego pasażera w pociągu zmierzającym do stolicy Gruzji. Miasto i owszem polubiłem, ale bynajmniej nie ze względu na hektolitry wysokoprocentowych trunków przelewających się codziennie przez gardła jego mieszkańców, ani nawet nie przez bogactwo gruzińskich alkoholi, ale raczej ze względu na tutejszą kulturę picia. Prawdą jest, że przeciętny Gruzin pije często i dużo, ale jednocześnie przestrzega pewnych niepisanych reguł. W Gruzji pije się z okazji spotkania, a nie spotyka się tylko po to, żeby się razem napić. W innych sytuacjach spożywa się wino, a w innych piwo i wódkę. Toast za pomyślność wznosi się tylko winem. Dla Gruzinów dobry alkohol jest zawsze nieodłączną częścią biesiady ale nigdy jej motywem przewodnim, a upicie się do nieprzytomności może stanowić jedynie powód do wstydu. B – jak Batumi Stolica Autonomicznej Republiki Adżarii i chyba najmniej gruzińskie ze wszystkich miast Gruzji… Przyjeżdżając tu prosto z Tbilisi mieliśmy nawet przez chwilę wrażenie, jakbyśmy trafiliśmy do zupełnie innego kraju. Podzwrotnikowy klimat, XIX-wieczna architektura i widoczne wpływy tureckie sprawiają, że miasto w niczym nie przypomina typowej gruzińskiej prowincji. Poza sezonem deszczowe i jakby trochę zaspane, w lecie Batumi tętni życiem dzięki tłumom Gruzinów przybywających wylegiwać się na tutejszych kamienistych plażach. Tak było do niedawna, jednak w ostatnich latach ten trend zaczął się stopniowo zmieniać. Pewien Gruzin powiedział mi, że obecnie na adżarskich plażach można spotkać głównie Ormian, a sami Gruzini wolą jednak jeździć do tańszych i lepiej przygotowanych kurortów wypoczynkowych w sąsiedniej Turcji. Port w Batumi C – jak chinkali Typowo gruzińskie pierogi w kształcie "sakiewek", ze zgrubieniem ze zwiniętego ciasta na szczycie, wypełnione mięsem, grzybami lub serem. Cała sztuka polega na opanowaniu techniki ich jedzenia – pieroga delikwenta chwytamy palcami za zgrubienie, obracamy, lekko nadgryzamy, aby wysiorbać ze środka sos, a następnie konsumujemy resztę. Na talerzu powinny zostać tylko zgrubienia sakiewek, które się zlicza. Prawdziwy mężczyzna, jak mawiają Gruzini, nie odejdzie od stołu nim nie zje co najmniej dziesięciu sztuk (a są one wcale niemałe). Muszę Was jeszcze przestrzec, że użyte przeze mnie stwierdzenie, że „chinkali to takie gruzińskie pierogi” nie zyska Wam sympatii gruzińskiego rozmówcy. Bo chinkali to chinkali, jedyne w swoim rodzaju i niepowtarzalne. Należy je więc jeść z wielkim apetytem, zachwycając się przy tym głośno ich smakiem i nie szczędząc słów uznania dla gospodyni. Właściwie to tę zasadę należałoby stosować do wszystkich gruzińskich potraw. Gruzini są bowiem niezwykle dumni ze swojej bogatej kuchni i oczywiście uważają ją za najlepszą na świecie. Chinkali - porcja dla prawdziwego mężczyzny D – jak duma Tak w ogóle to Gruzini są dumni ze wszystkiego co gruzińskie i łatwo obrażają na najmniejszą choćby krytykę ich kraju. Obcokrajowcom chętnie opowiadają o bogatej gruzińskiej historii i przekonują o wyższości swojej kultury, często przy tym koloryzując. Podczas pobytu w Tbilisi poznaliśmy Zazę, który zaprosił nas na tradycyjną kolację. Dowiedzieliśmy się od niego, że szczątki pierwszego białego człowieka zostały odkryte w Gruzji, Gruzja była jednym z pierwszych chrześcijańskich państw, to Gruzini wyswobodzili Jerozolimę w czasach wypraw krzyżowych, gruzińskie jedzenie jest najlepsze, a tutejsi mężczyźni najprzystojniejsi (co ciekawe, jeśli chodzi o kobiety, to najładniejsze według niego są Polki…). A co Gruzini myślą o innych nacjach? Otóż Turcja to duży naród bez kultury, Ormianie kochają pieniądze, a Rosjanie zazdroszczą Gruzinom historii. Dostało się też Polakom, którzy podobno zatracają swoją tradycję gdy wyjeżdżają na Zachód i odzwyczajają się od… picia wódki. E – jak Europa Mała Gruzja bardzo chce być częścią Europy. Tak bardzo, że czasami sprawia wrażenie bardziej proeuropejskiej od większości państw Unii Europejskiej. F – jak folklor Gruzja to przede wszystkim różnorodność. Każdy region może pochwalić się swoją niepowtarzalną tradycją, każdy słynie z innego specjału kulinarnego. Gruzini są nie tylko dumni ze swojego kraju, ale także ze swojej przynależności lokalnej. I równie często co o innych nacjach, żartują o sobie nawzajem. G – jak Gori Niewielkie miasteczko kojarzone głównie ze swoim najsłynniejszym obywatelem. To tutaj bowiem urodził się i wychował Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili, lepiej znany jako Józef Stalin. I chociaż w ostatnich latach Gruzja obrała kurs na zachód i próbuje odciąć się od swojej komunistycznej przeszłości to w samym Gori towarzysz Stalin ma wciąż wysokie notowania. Co prawda dwa lata temu lokalnym władzom udało się pod osłoną nocy zdemontować jego pomnik stojący przed miejskim ratuszem, ale reszta „spuścizny” wodza pozostała nietknięta. Oprócz głównej ulicy i placu Stalina jest to przede wszystkim muzeum, w którym przechowywane są pamiątki po największym z Gruzinów. Przez ponad pięćdziesiąt lat od momentu jego powstania właściwie nic się tutaj nie zmieniło. Ekspozycje poświęcone wodzowi i wygłaszany przez przewodnika monolog mają nas przekonać, że Stalin wielkim człowiekiem był. Stalin Avenue w Gori H – jak honor Na Kaukazie honor jest wszystkim, a człowiek bez honoru jest nikim. Głupie zaczepki, na które my byśmy pewnie w ogóle nie zareagowali, u Gruzinów mogą wywołać dziki szał. Nawet niewinny żart może sprowokować do bójki. I nie ma tutaj znaczenia czy została obrażona duma narodowa czy dobre imię dziewczyny. I – jak inwestycje Najlepiej te zagraniczne. Podupadła gospodarka Gruzji jak powietrza potrzebuje inwestycji. Stąd też pomysł, żeby otworzyć granice i postawić na rozwój turystyki. Tylko czy sam sektor turystyczny jest w stanie pociągnąć całą gospodarkę…? J – jak „Jakoś to będzie…” Czyli tak zwana „kaukaska maniana”. Mieszkańcy Południowego Kaukazu dosyć beztrosko podchodzą do codziennych obowiązków. Dla nich kontakty międzyludzkie, zaufanie, czy zwykłe lubienie się są ważniejsze od paragrafów. Nieustannie odkładają coś na jutro, potem, później. Unikają presji i odpowiedzialności. Dla zorganizowanych przybyszów z Europy zachodniej takie zachowanie może być często szokujące i niezrozumiałe. K – jak Kaukaz Niesamowity! Trudno opisać zwykłymi słowami piękno i majestat tutejszych gór. W Gruzji spektakularne widoki są niemal na wyciągnięcie ręki. Kazbegi - XIV-wieczny kościół Tsminda Sameba położony na wysokości 2170 m n.p.m. L – jak ludzie Nietuzinkowi, otwarci, bardzo gościnni. Religijni, ale kochający używać życia. Trochę szaleni, ale jednocześnie zawsze wierni swoim zasadom. Dalsza część w opracowaniu…
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Tak w zasadzie ten tekst miał być w zamierzeniu tylko krótkim wstępem do relacji z mojej niedawnej podróży do Gruzji. Tyle, że w trakcie pisania rósł, rósł, rósł, aż ogłosił blogową secesję. Oceńcie sami czy było warto;) A właściwa relacja pojawi się już niedługo! „Welcome to Georgia!” – to były pierwsze słowa jakie usłyszałem tuż po przekroczeniu granicy od gruzińskiego celnika. I już ten mały szczegół zwiastował wielką zmianą jaką można dostrzec podróżując z Azerbejdżanu do sąsiedniej Gruzji. Bo mała Gruzja ma wielkie ambicje – chce być blisko Europy i Zachodu. Ba, przyjeżdżając tutaj można by nawet przez chwilę pomyśleć, że trafiliśmy do jednego z krajów Unii Europejskiej. Przed każdym komisariatem policji, urzędem miejskim czy budynkiem rządowym powiewają dwie flagi, państwowa i właśnie UE. Niewielka południowo-kaukaska republika sprawia wrażenie bardziej proeuropejskiej od połowy Europy. Gruzini tak zakochali się w Zachodzie, że nawet zdecydowali o jednostronnym i bezwarunkowym zniesieniu obowiązku wizowego wobec obywateli UE, USA i Kanady. Największą i szaleńczą miłością zapałał oczywiście Misza i to on właśnie postanowił, że Gruzja zaprzyjaźni się Zachodem, czy to się komuś podoba czy nie. MEANDRY REWOLUCJI Micheil Saakaszwili, bo o nim mowa, stał na czele gruzińskiej Rewolucji Róż, która doprowadziła w 2003 roku do bezkrwawego obalenia poprzedniego prezydenta Eduarda Szewardnadze. Kolejne wybory prezydenckie w 2004 roku wygrał już Saakaszwili uzyskując aż ponad 96% głosów. Ten wynik pokazywał jak bardzo Gruzini wyczekiwali zmian. Szewardnadze symbolizował poprzednią epokę. Ten wprawny w wewnątrz gabinetowych rozgrywkach były dygnitarz sowiecki okazał się być miernym przywódcą, niezdolnym do zbudowania solidnych fundamentów dla młodej państwowości. Za jego rządów gruzińska gospodarka stoczyła się na samo dno, a kraj zalała fala zorganizowanej przestępczości i wszechobecnej korupcji. Młody, energiczny i wykształcony na Zachodzie Saakaszwili miał być lekiem na ułomność systemu. Trzeba przyznać, że nowy prezydent potraktował powierzoną mu misję bardzo poważnie. Już na początku swojej kadencji zarządził czystki w służbach mundurowych, zastępując starą kadrę oficerską młodymi wilczkami, nieskażonymi układami i korupcją. Rozprawił się też z rosnącą przestępczości – do owianej złą sławą Swanetii wysłał oddziały komandosów z zadaniem powybijania lokalnych gangów. W uważanych dotąd za niebezpieczne regionach pojawiły się regularne patrole policji, a wkrótce także każda miejscowość miała doczekać się komisariatu z prawdziwego zdarzenia. Policja i wojsko stały się oczkiem w głowie nowego prezydenta, a na ich profesjonalne wyszkolenie i nowoczesne wyposażenie przeznaczono najwyższe w historii kwoty. Saakaszwili zadeklarował także, że jego celem jest zbliżenie Gruzji z Europą oraz w przyszłości członkostwo tego kraju w NATO, dzięki czemu z miejsca stał się pupilkiem zachodnich mediów. Pierwszym krokiem na drodze ku prozachodniej transformacji było odcięcie się od Rosji. Jednak taka zmiana polityki o 180 stopni nie spodobała się wszystkim Gruzinom, a w szczególności wykształconym w Rosji elitom, które dosyć nieufnie przyglądały się poczynaniom nowego prezydenta. Dało się też słyszeć pierwsze głosy rozczarowania rządami Saakaszwilego. Zapowiadana w czasie Rewolucji i tak wyczekiwana poprawa poziomu życia Gruzinów nie nastąpiła, a gospodarczo kraj wciąż ledwo wiązał koniec z końcem. Wkrótce także część dawnych towarzyszy prezydenta z czasów rewolucji i dotąd jego najbliższych sojuszników przeszła do opozycji, oskarżając go o podejmowanie błędnych decyzji i autorytarne zapędy. Pod koniec 2008 roku, organizując serię protestów, opozycja wymusiła na Saakaszwilim ustąpienie z urzędu i przeprowadzenie przedterminowych wyborów, które ponownie wygrał, tym razem jednak minimalnie przekraczając próg 50% poparcia. WOJNA Krytycznym momentem rządów Micheila Saakaszwilego był rok 2008 i wojna w Osetii Południowej. Próba przywrócenia kontroli gruzińskiej nad tą separatystyczną republiką zakończyła się zbrojną interwencją Rosji, której wojska wkroczyły do Osetii i Gruzji. I chociaż z całego świata płynęły głosy poparcia dla Saakaszwilego i apele do Rosji o zaprzestanie naruszania integralności terytorialnej Gruzji, to w kuluarach po cichu mówiło się raczej o głupocie i nieodpowiedzialności gruzińskiego prezydenta, który dał się sprowokować do wojny narażając swój kraj na śmiertelne niebezpieczeństwo. Milczała także gruzińska opozycja, zapewne obawiając się ewentualnych zarzutów o brak patriotyzmu. Złośliwi twierdzą, że Gruzja zyskała na przegranej wojnie… W niedługim czasie od jej zakończenia do tej niewielkiej republiki zaczęły płynąć miliony dolarów pomocy z międzynarodowych funduszy. Wśród zagranicznych organizacji pozarządowych zapanowała „moda” na Gruzję. Realizowane za zagraniczne pieniądze projekty rozwojowe mają na celu pomóc rozruszać dotkniętą przez wojnę gruzińską gospodarkę. Fakt nie bez znaczenia, zważywszy, że według nieoficjalnych danych rzeczywiste bezrobocie w Gruzji może przekraczać nawet 60%. MISZA SHOW Tymczasem prezydent Saakaszwili kontynuuje swoją politykę zbliżania Gruzji z Europą. Kilka lat temu nakazał Gruzinom naukę języka angielskiego. W zeszłym roku wdrożono jego autorski program, który przewiduje sprowadzenie tysiąca zagranicznych wolontariuszy (głównie z USA) w roli nauczycieli obcego języka. Pierwszego wolontariusza jaki zjawił się kilka miesięcy temu na lotnisku w Tbilisi powitał sam prezydent. Najpierw uścisnęli sobie serdecznie dłonie, a później poszli pogadać jak kumple przy piwie. Oczywiście wszystko odbyło się w świetle kamer, a gazety jeszcze długo potem rozpisywały się o kolejnym sukcesie prezydenta. Bo Misza lubi sukcesy i lubi się nimi chwalić. Gdziekolwiek coś otwierają (szkołę, hotel czy supermarket), on zjawia się tam, żeby przeciąć wstęgę. Czasami przystanie, zagada do kogoś, uściśnie dłoń, ucałuje dziecko. A zanim Misza przyjedzie, wyremontuje się jeszcze drogę, przystrzyże trawę i odmaluje kilka budynków. Tak, żeby wszystko wypadło jak należy w telewizji. Bo Gruzja się zmienia. Gruzja podąża za światowymi trendami i trzeba to pokazać. Najnowszy pomysł to oświetlenie kolorowymi lampkami centrum Tbilisi. Na samą iluminację górującej nad stolicą wieży telewizyjnej wydano podobno około 200 tysięcy Euro. Następnie ktoś stwierdził, że kolory jakieś takie nieciekawe, więc zarządzono wymianę światełek. A to wszystko w mieście, które boryka się z częstymi przerwami w dostawie prądu… Aż strach pomyśleć co się stanie z Gruzją gdy u steru zabraknie Miszy. Otóż nie zabraknie... Forsowane właśnie przez Saakaszwilego poprawki do konstytucji zakładają w przyszłości zwiększenie uprawnień premiera kosztem urzędu prezydenta. Łatwo domyśleć się co planuje Misza po zakończeniu swojej drugiej kadencji. No cóż, przynajmniej portretów wiszących w budynkach urzędów miejskich nie trzeba będzie znowu wymieniać. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Dla "wariatów";)
![]() Kaukaz Południowy
Szeroki świat
Zz ciekawe projekty
Tagi
|